10 minut, 34 sekund

Postaci Tomasza Budzyńskiego nie trzeba przypominać fanom Armii czy 2Tm2,3. W przeszłości członek punkowego zespołu Siekiera. Jest zarówno wokalistą, malarzem i poetą.

Tym razem nie będzie mowy o jego dokonaniach na polu artystycznym, a jego własnym, duchowym, podwórku. O ewolucji wiary i jego nawróceniu.

…niech cię strzeże, niech cię broni Chrystus…

Moi rodzice ochrzcili mnie i zaprowadzili do pierwszej Komunii św., później do bierzmowania. Kiedy byłem nastolatkiem, przyszedł taki moment, że zbuntowałem się i wszystko to odrzuciłem. W szkole średniej przestałem chodzić do kościoła i na religię. Wydawało mi się, że jest to mi niepotrzebne, bo w życiu sam sobie poradzę.

     Najważniejsza była dla mnie sztuka i muzyka. Pan Bóg mógł być najwyżej tematem obrazów, piosenek czy wierszy, ale nie był to Ktoś, kto jest w moim życiu najważniejszy. Dla człowieka rzeczywiście wierzącego jest oczywiste, że do szczęścia potrzebny jest mu tylko Bóg. Gdyby mnie spytano wtedy, co mi jest w życiu potrzebne do szczęścia, to bym odpowiedział, że szczęście dla mnie, to śpiewać i grać na gitarze albo szaleć, biegać itd. Moim młodzieńczym marzeniem było, abym kiedyś grał w zespole rockowym. Moje marzenia się spełniły.

Przed kilkunastu laty była w Polsce moda zwana punk rockiem, więc i ja w tym buncie młodzieżowym aktywnie uczestniczyłem. Ci punkowcy mają to do siebie, że nie umieją grać na żadnym instrumencie a zakładają zespoły, więc ja również założyłem taki zespół, który nazywał się „Siekiera”. Graliśmy bardzo ostro, i zagraliśmy jeden koncert. Później pojechaliśmy do Jarocina i ku mojemu zaskoczeniu wygraliśmy go w rywalizacji. To była niespodzianka, bo ja myślałem, że to są tylko takie „jaja”, a tu okazuje się, że dla wielu było to po prostu świetne. Sam nie mogłem tego pojąć, że tak nagle stałem się sławnym, młodzieżowym idolem.

W owym czasie byłem bardzo zakochany w jednej dziewczynie ze szkoły plastycznej w Nałęczowie, którą sam ukończyłem. Grając w „Siekierze” studiowałem na KUL-u historię sztuki, ale, niestety, nie dało się tych dwóch rzeczy ze sobą połączyć. Z KUL-u mnie wyrzucili, a dziewczyna po jakimś czasie powiedziała, że mnie nie kocha. Została mi tylko „Siekiera”. Pamiętam, że byłem bardzo zakochany w tej dziewczynie, chodziliśmy ze sobą chyba ze dwa i pół roku. Było to dla mnie coś strasznego, kiedy ona mnie rzuciła. Przeżyłem taki zawód miłosny, że prawie zwariowałem z rozpaczy. Zachorowałem na ciężką nerwicę. Przeżywałem takie chwile, jakby się zawalił cały świat.

Teraz wiem, że Bóg w życiu człowieka powinien być na pierwszym miejscu, powinien być podstawą życia, a więc tym, od którego wszystko zależy. A ja położyłem moją miłość i nadzieję w młodej dziewczynie i wydawało mi się, że to od niej zależy całe moje życie. Ktoś inny mógłby powiedzieć, że wszystkie swoje nadzieje położył w koncie bankowym, w swoim mężu, w swojej partii politycznej, albo w Ojczyźnie, ale nie w Panu Bogu. Wtedy dla mnie najważniejsza była dziewczyna a nie jakiś tam Pan Bóg. No, ale jak to, przecież ja w niej położyłem całą moją nadzieję, całe swoje życie i nagle ona odchodzi. Po jej odejściu wydawało mi się, że umieram, że moje życie jest pozbawione jakiegokolwiek sensu.

Jestem pewien, że to samo przeżywają ludzie, którzy swoją nadzieję upatrują w tym świecie, w afekcie do tego świata, w partii, w pieniądzach czy w jakimś idolu, człowieku. Okazuje się, że taka jest strategia kuszenia przez diabła, który mówi: sam sobie dasz radę, to ty jesteś tutaj bogiem, będziesz szczęśliwy, jak zdobędziesz kupę szmalu, jak będziesz robił to, co ci się będzie chciało, nie oglądając się na przykazania. Diabeł już do Ewy mówił, że w grzechu nie ma śmierci lecz radość, wolność i życie, że grzesząc na pewno nie zginie. A tu okazuje się, że jest inaczej. To właśnie grzech jest największą tragedią i nieszczęściem człowieka.

Tak mocno byłem emocjonalnie związany z tą dziewczyną, że jej odejście wydawało mi się nie do zniesienia. I wyobraźcie sobie, iż posunąłem się do tego, że zacząłem rozmawiać z szatanem, wzywać go i mówić, że jeżeli ty mi pomożesz, to ja się wyrzeknę Boga. Tak głęboko zacząłem upadać. Jakie bóstwo człowiek może sobie zrobić z kobiety. Podobnie inni ludzie potrafią ubóstwiać na przykład pieniądze. Wtedy okazuje się, że dla pieniędzy można na przykład drugiego człowieka z całą perfidią oszukać, wykorzystać lub zamordować. Wtedy już nie liczy się Bóg, przykazania, a życie ludzkie staje się bez znaczenia.

W moim życiu coś takiego się zdarzyło, a efektem tego była kompletna duchowa pustka, ponieważ nie było dla mnie Boga, tylko jakiś idol. Dzisiaj wiem, że to Pan Bóg zabrał mi tę dziewczynę, aby wyrwać mnie ze strasznego zniewolenia. Uczynił to, ponieważ mnie kocha, ponieważ tylko Bóg jest Miłością. To moje doświadczenie przypomina historię Izaaka. Bóg kazał złożyć Abrahamowi ofiarę z syna. Ktoś może powiedzieć, no jak to, przecież to jest straszne, nieludzkie. Bóg jednak zsyła tę próbę, aby doprowadzić Abrahama do jeszcze większej miłości niż ta, jaką kochał Izaaka. Cały czas Bóg do niego mówił, że da mu syna. Kiedy Izaak się urodził, to stał się faktycznie bogiem dla Abrahama. I Bóg powiedział: dość tego. Abraham nie rozumiał, ale do końca uwierzył Bogu i zdecydował się ponieść tę ofiarę. Dopiero to doświadczenie sprawiło, że Abraham dojrzał do miłości. Drugiego człowieka można w pełni kochać tylko wtedy, gdy będziemy miłowali Pana Boga „z całego serca swego i z całej duszy swojej, całym swoim umysłem, ze wszystkich sit swoich” (Mk 12,30). Dopiero po tej próbie Abraham nauczył się kochać nade wszystko Boga i dzięki tej miłości na nowo i doskonalej ukochał swojego syna. Jest taka tradycja, która mówi, że kiedy Abraham niósł Izaaka na górę Moria, to Izaak modlił się w duszy: „Akeda” tzn. „zwiąż mnie mocno, abym się nie opierał, abym nie uciekł”.

Ktoś powie, że jest to taka banalna historia, chłopak zakochany w dziewczynie, ale to jest historia mojego życia. Ja wiem, że w tym wszystkim jest jakiś przedziwny plan zbawienia, który Bóg przygotował dla każdego z nas. Kiedy odszedłem z „Siekiery” założyłem zespół „Armia”, w którym śpiewam do dzisiaj i tak jak wszyscy wiedzą, w końcu zacząłem śpiewać piosenki o Jezusie Chrystusie. Żeby powstał zespół „Armia” trzeba było, aby wyrzucili mnie z KUL-u, żeby rzuciła mnie dziewczyna, żebym upadł tak nisko i modlił się do diabła. W „Armii” zacząłem pisać i śpiewać swoje teksty. Chciałem śpiewać o tym, że Bóg jest dobry i piękny. W tym czasie Pan Bóg kojarzył mi się z zenem, albo z jakimś Hare Kriszna. Jezus był postacią średnio ciekawą. Muszę przyznać, że nie byłem wtedy nawet chrześcijaninem. Byłem ochrzczony, ale to co robiłem ze sobą, to nie było chrześcijaństwo. Zacząłem czytać Pismo św., ale czytałem je tak, jak się czyta komiks. Pisałem piosenki, gdzie było pełno metafor takich jak np. światło, ptak, wiatr, a więc bardzo znane symbole z Pisma św.

Zespół stawał się znany, bo byli tam bardzo dobrzy muzycy. Jakoś mieliśmy szczęście. Dostawałem dużo listów od ludzi, którzy się pytali: „no dobra, tu punk rock, czad, o o co tu w ogóle chodzi, co to za teksty. Dlaczego np. nie śpiewasz o tym, że trzeba się buntować przeciw komunie, albo dlaczego nie śpiewasz w ogóle przeciwko systemowi takie anarchistyczne jakieś teksty”. Bo przecież my w tym środowisku anarchopun-kowym funkcjonowaliśmy. A ja mówię: „Człowieku, ja tu jestem mistykiem, ja tutaj inne teksty śpiewam, ja tu o Bogu śpiewam”. A on do mnie: „O Bogu, ale o którym?”. Takie głupie, proste pytanie: „o którym Bogu?” Zacząłem mieć problem. I otrzymałem odpowiedź, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że była od Ducha Świętego. Graliśmy koncerty na których był ostry czad i działo się kompletne wariactwo, szał. Ludzie skakali na główkę ze sceny, wdrapywali się z tego tłumu na scenę i skakali, tak jak do wody. W ogóle total. Ja również takie rzeczy robiłem. Śpiewałem dwie piosenki, jedna nazywała się „Przebłysk”, a druga „Podróż na wschód”. Kiedy je pisałem, myślałem o Jezusie Chrystusie. W tej piosence „Przebłysk” jest taki tekst: „…niech cię strzeże, niech cię wspiera światło…”. Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia podczas koncertu gramy, gramy, ja ten kawałek śpiewam, i wtedy coś we mnie zaczęto mówić: „Jezus Chrystus!”. Nie wiem co to było, wiem że ten głos, który mi powiedział, co to jest to światło, był tak piękny, że przeżyłem ogromne wzruszenie, przestałem w ogóle śpiewać i stanąłem jak zamurowany. To było niesamowite, cudowne uczucie. Imię Jezusa Chrystusa, sprawiło że się rozpłakałem jak dziecko, w środku koncertu, kiedy był hałas muzyki, zupełny total, a tu nagle: Jezus Chrystus. Nie mogłem powstrzymać łez, powiedziałem: Jezus Chrystus, nie „światło”. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. I publiczność by zobaczyła, że ich idol płacze, co to ma znaczyć? Odwracam się do kolegów a oni zajęci czadem, nic nie widzą. Te chwile trwały bardzo krótko. Straciłem poczucie czasu. Wiedziałem, że przyszedł Jezus Chrystus, stanął obok mnie i tak jakby do mnie zapukał. Na takim koncercie, gdzie jest taki czad! On się niczego nie boi. On do mnie zapukał, a ja: „Kto tam?” A On mówi: „Jezus Chrystus, oto stoję u drzwi i kołaczę”. I wtedy od razu chce się otwierać, a jak się już otworzy, to wtedy jest niesamowite szczęście. Człowiek mięknie, płacze, mówi : „Tak, to Ty przyszedłeś, ja Cię poznaję, to Ty jesteś”. To jest bez słów, całe ciało zaczyna krzyczeć z radości. I to samo się dzieje, gdy śpiewałem piosenkę pt. „Podróż na wschód”.

Wtedy dopiero zrozumiałem jej głęboki sens, że tym wschodem, tą podróżą jest Jezus Chrystus. Pomyślałem sobie, że teraz zmienię tekst i będę śpiewał: „niech cię strzeże, niech cię wspiera Jezus Chrystus”. Był koncert, gdzie tak po raz pierwszy zaśpiewałem, i muszę powiedzieć, że nie zostało to dobrze przyjęte. Gramy. Jest wszystko w porządku do momentu zaśpiewania piosenki o Jezusie pt. „Podróż na wschód”. Po piosence widzę, że coś tu nie gra, jakaś grupka pojawiła się przed sceną i zaczynają coś pokazywać, padają epitety bardzo dla mnie przykre, ty cha…, Kościół to…., papież to…itd. Ja tak patrzę i myślę, o co tu chodzi? Tak przecież nigdy moi fani nie reagowali. Byłem przecież zawsze uwielbiany, nigdy mnie coś podobnego nie spotkało. Myślę sobie: dobra, może im przejdzie, gramy dalej, a tu nie, oni stoją i plują. Plwocina jest wszędzie. Atmosfera okropna. Biją innych dookoła. Strasznie mi wygrażają, cały jestem spluty. Najchętniej człowiek chciałby uciec, zapaść się pod ziemię. Co za wstyd dla idola, dla bożka, jakim wtedy byłem. Opluli go, straszliwie mu ubliżają, po prostu go niszczą i to przy wszystkich. Powiem wam, że wyrwało mi się z ust coś dziwnego, bo ja miałem w ręku mikrofon. Nie odpowiadałem im na te wyzwiska, ale powiedziałem coś takiego: „Człowieku, Jezus Chrystus jest Panem”. Powiedziałem to po raz pierwszy w życiu. Myślałem wtedy: „Teraz to mnie już chyba tylko zabiją”. Byłem wtedy wielką gwiazdą rocka. Dochodziło do takich przegięć, że po koncertach przychodziły dziewczyny i mówiły: „Tomek, ty masz czarodziejską moc, połóż mi rękę na głowie, a mnie uzdrowisz”. I ja kładłem te ręce. A tu nagle plują na mnie i na oczach wszystkich znieważają. Co za wstyd! Dograliśmy jakoś ten koncert do końca, ale ja zostałem zmiażdżony. I teraz jak sobie to przypomnę, to dziękuję Panu Bogu, że dał mi takie doświadczenie, ponieważ wyznałem, że On jest Panem w sytuacji całkowicie ekstremalnej, w takiej w której nie chciałbym się nigdy znaleźć, w sytuacji śmierci, zniszczenia. Gdybym powiedział, że Jezus jest Panem w jakimś kościele, wśród znajomych, przyjaciół, kiedy jest miło, w czasie modlitwy, nie wymagałoby to wielkiej odwagi. A podczas tego koncertu, naprawdę nie było to przyjemne, byłem w sytuacji umierania, całe moje życie nagle się rozbiło i właśnie wtedy nagle powiedziałem: „Jezus Chrystus jest Panem”. Jest to cudowna chwila mojego życia. Nie wiem, jak mam Panu Bogu za to dziękować, za tych ludzi, którzy przyszli mi naubliżać, zniszczyć mnie. Przecież to On ich do mnie dopuścił dla mojego dobra, zrobił to z miłości do mnie, aby uwolnić mnie od tego idola, żebym powiedział i żyt prawdą, że Jezus Chrystus, a nie jakiś Tomasz Budzyński, jest Panem. Jak teraz myślę o tych tak bardzo agresywnych ludziach, to Panu Bogu dziękuję za tę sytuację, za to, że tak pięknie i tak szybko załatwił tę sprawę, jednym ciosem. To, że powiedziałem, iż Jezus jest Panem, On tego nie zapomni. Człowiek może o tym zapomnieć, ale Jezus nie. On stoi przy nas, stoi u drzwi i kołacze. I wiem, że Duch Święty zrobił wtedy coś dziwnego z moją osobą. Wróciłem do domu i przez pierwsze dni było mi ciężko, bo nie mogłem znieść tego, co oni mi wyrządzili, ale pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, to poszedłem do kościoła. Wtedy zacząłem świadomie i pragnąć Jezusa. Zacząłem chodzić do kościoła na Mszę św. Każde słowo, które tam słyszałem, było dla mnie jakby nowym objawieniem. Odkryłem wtedy coś takiego, co się nazywa Mszą św… ”

[tekst pochodzi z serwisu adonai.pl, w 1996, był opublikowany w Miłujcie się! 5-8/1996]
Previous post Góra Żar
Next post basta.
Close