„Ludzie potrafią uciec, nie mówiąc ani słowa.

Lecz jaką wspaniałą postawą jest, gdy zostaniesz i powiesz co Ci przeszkadza.”

Przypomniał mi się pewien tekst:

„Uważano, że ucieczka jest rozwiązaniem niegodnym, tchórzliwym i kompromitującym. Rozwiązaniem nadto pozornym, bo problem i tak będzie ścigał uciekającego po najdalsze krańce ziemi albo – gorzej jeszcze — sam uciekinier, nieświadom pułapki, zabierze cierń ze sobą lub też wytworzy — na mocy złowieszczego mechanizmu powtórzenia — tę samą boleść i gangrenę w innym miejscu, czyli poszukując nowego życia odnajdzie starą biedę. Założenie było więc takie: każdemu czasem chce się uciec, zerwać pajęczynę zależności, którą z konieczności się obrosło w toku życia, usamotnić się, zmienić radykalnie otoczenie na nowe i obce i obcością ową się raczyć i upajać niczym najprzedniejszym eterem, ale chęć tę należy za wszelką cenę powstrzymać. Trzeba bowiem stać twardo i zbierać ciosy, wdychać zatęchłe powietrze, znosić cierpliwie jadowite wpływy i morowe wyziewy otoczenia, pogrążać się w bagnie z wysoko i dumnie podniesionym czołem, spijać z życia gorycz bez drgnienia kącików ust a może i z wyniosłym uśmiechem; dostawać mdłości z lęku lub obrzydzenia, lecz udawać, że jest dobrze, walczyć, reformować i zmagać się ze światem i ze swoją słabością (a wiele słabości mieszka w człowieku) bez kapitulacji, umierać nawet bez jednego kroku w tył, żartując jeszcze swobodnie i lekko, jak pięknie pokazał nam to Sokrates, bo to właśnie jest mężne i etyczne. Etyczne, bo odważne, nieugięte, twarde, wzniosłe, konsekwentne, poważne i jednoznaczne w swej nieustępliwości. Zaś przyznać się do błędu, strachu, rezygnacji, wyczerpania i bezsiły (a ucieczka jest takim przyznaniem się) nie można, bo to z kolei eunusze i miękkie, wyzute z godności, defetystyczne i zwierzęco instynktowne. Zatem należy trwać na posterunku wyznaczonym przez bieg życia, iść ewentualnie naprzód rozgarniając mocnymi ramionami męty, ale nigdy cofać się w tył — to właśnie jest ludzkie i odpowiedzialne. Zresztą uciekać i tak nie ma dokąd, bo świat jest wszędzie taki sam, a zwłaszcza wszędzie tacy sami są ludzie.(…)Można chcieć uciec od oczekiwań, wymagań, sugestii, przymusów, poleceń, od całej presji zewnętrzności. Bywa ona tak silna, że doprowadza do przełomu, do pragnienia radosnego i świeżego odpłynięcia w radykalną i euforyczną niedyspozycyjność: uciekłem i — szczęśnie — jestem w ogóle i fundamentalnie niedostępny jakiejkolwiek indagacji.(…)A więc ucieka się od uporczywych więzów, ale też od cennych więzi. Im one cenniejsze, bardziej konstytutywne dla refleksyjnie tworzonej sylwetki egzystencjalnej, tym ściślej opasują, tym mniej pozostawiają wolności, ukochanego samodzierżawia. Mocy związków dorównuje jedynie siła i zakres powinności. Zalążki wyboru i wypływających zeń alternatywnych światów wycinane są jak „wilki” z owocorodnych gałęzi. Pień musi być prosty i piąć się w górę, z takich bowiem drzew szybciej i łatwiej zbiera się owoce niż z krzaczastych, zdziczałych i poskręcanych samosiejek. A wymóg efektywności obowiązuje zawsze i wszędzie. Społeczeństwo wspiera moralność prostych dróg, bo zakręty i bezdroża jednostkowej wolności do niczego mu nie służą. Zobowiązania wobec najbliższych są zresztą drugą, a może nawet pierwszą, naturą człowieka. A bliscy są bliscy i dalecy równocześnie. Z jednej strony przyssani wręcz do zakończeń nerwowych, podwieszeni pod ten sam oddech, wszechobecni w myśli, z drugiej nie mniej odlegli i obcy niż najdalsze ludzkie światy. Albowiem strumienie świadomości są nieprzechodnie i co się dzieje w drugim — nie wiadomo. Niedoskonała i każdorazowo kontrolowana ekspresja językowa (i nawet pozawerbalna) nie może dać o tym właściwego pojęcia. A jednak są najbliżsi, głęboko umocowani wraz z grotem, intymni i trudno nie pokładać wiary w tych relacjach, chociaż ta sama intymność może wywoływać duchotę, niedotlenienie i klaustrofobię, efekt zbliżających się do siebie ścian. Duszne jest zamknięcie w kręgu tych samych oddziaływań, gęstnienie atmosfery wzajemnego współbycia, rosnący ładunek przeszłości i wyłączność, a więc dokładnie to, co intymność czyni nią właśnie.

Bliscy, związani ze sobą obrożami, nie mogą się rozbiec, lecz dzięki temu w obliczu niebezpieczeństwa zawsze są razem. Osłaniają się nawzajem, raz jedno, raz drugie, od silnych wiatrów. Jednak ceną za to są małe rozmiary i przesłonięte widoki, kręgosłupy wygięte od wychylania się ku drugiemu. Stąd porzucanie najbliższych jest emocjonalną jatką, krwawym spektaklem amputacji, z którym nie wiadomo co zrobić, tak jak teologowie nie wiedzieli co począć ze słynnymi słowami Jezusa o nienawiści ojca swego i matki, która to nienawiść miała być warunkiem koniecznym ujrzenia Królestwa („Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14:26)-przyp.autora). Ucieczka od ważnych związków to już wyższy stopień trudności, pewna forma autodestrukcji, zgruzowania siebie w imię domniemanej nowej jakości. Musi po niej nastąpić przebudowa osobowości.”

Co jednak, gdy „ucieczka” nie jest ucieczką??

Konkluzja własna. Dziękuję

Brak komentarzy

  1. Nie mam zamiaru się z Panem kłócić…
    To się podobno nazywa „popadaniem z jednej skrajności w drugą”…

  2. Hmm… Zmianę widzę…
    Zmiany dobre są czasami 🙂
    Tylko… Dlaczego ta jest taka ponura??

    1. Mam czasem niepoważne myśli, które dominując powodują niezrozumiałe działania… Popularnie nazywa się je karpysami.

Leave a Reply